Wróć na autorium.pl
Klara Soltan
Klara SoltanNiepartyjna obserwatorka życia :) Piszę o migracjach i Palestynie, którą znam m in z wieloletniej pracy w polskiej placówce w Ramallah. Oba tematy łączę w projekcie "Coraz Bliższy Wschód". Teksty na podstawie obserwacji i bezpośrednich źródeł.Więcej
Wesprzyj
Klara SoltanSłońce w siatce

Wolontariat w Hebronie. Welcome to the Ghost Town!

07/02/2026Wolontariat w Hebronie. Welcome to the Ghost Town!

Welcome to the Gost Town! - takie graffiti widnieje, a może już nie, ale wówczas trudno było go nie zauważyć, na podcienich Starego Miasta w Hebronie. Rzeczywiście w tej części metropolii można poczuć się jak w mieście duchów.

Welcome to the Ghost Town! - takie graffiti widnieje, a może już nie, ale wówczas trudno było go nie zauważyć, na ścianach starego miasta w Hebronie. Rzeczywiście w tej części metropolii można poczuć się jak w mieście duchów. Główna arteria starego miasta - Shuhada Street, ulica męczenników, od 1994 r. pozostaje zamknięta dla Palestyńczyków. W 1994 r. izraelski osadnik Baruch Goldstein dokonał masakry w muzułmańskiej części znajdującego się w Hebronie meczetu Abrahama, zabijając 29 i raniąc setki modlących się osób. Spowodowało to, rzecz jasna, ogromne napięcie w mieście, co bezpośrednio doprowadziło do zamknięcia właśnie ulicy Shuhada, a w 1997 r. do podzielenia miasta na dwa sektory: H1 (pod jurysdykcją Autonomii Palestyńskiej) i H2 (pod jurysdykcją Izraela). Osadników żydowskich - mieszkających w strefie H2 nielegalnie - w liczbie około 500 strzeże 4000-5000 żołnierzy izraelskich. Sąsiedztwo to powoduje, iż Hebron określany jest jako miasto „problematyczne”. Co roku organizowane są tu duże demonstracje w rocznicę zamknięcia ul. Męczenników. Wyłączenie jej z ruchu zabiło stare miasto. Nie chodzi tu tylko o transport, poruszanie się samochodami, ale o likwidację wszystkich sklepów, punktów usługowych etc. Z dnia na dzień ludzie przy niej mieszkający stracili swobodny dostęp do swoich domów, ci zaś, którzy prowadzili tu kramy stracili źródło utrzymania. Sklepy są zamknięte. Do domów co prawda ich mieszkańcy wciąż mogą się dostać, ale nie od strony ulicy, co wymaga na przykład przechodzenia przez dom sąsiada czy wchodzenia przez okno. Turyści mogą zobaczyć tę wymarłą ulicę po przekroczeniu checkpointu, a zatem punktu kontrolnego obsadzonego przez żydowskich żołnierzy. Palestyńczycy tu wstępu nie mają.

Stare miasto w Hebronie graniczy z ul. Shuhada. Stare miasto, czyli tzw. suk, bazar w starych kamiennych podcieniach. Tutaj jeszcze funkcjonują, choć już zupełnie w formie przetrwalnikowej kramy palestyńskich sklepikarzy. Sprzedawane w nich jest wszystko od wyrobów tradycyjnego palestyńskiego rękodzieła po chińską tandetę. Przyjeżdżając tu rok w rok można popaść, jeśli nie w depresję, to przynajmniej w przygnębienie, patrząc na pogarszający się byt handlarzy. „No tourists, no bussines” - to najczęściej powtarzane tu słowa. Do tego stopnia, że gdy kilka lat temu nie chciałam kupić spodni tzw. alladynek, nie ze skąpstwa, ale uznałam, że wyglądam w nich grubo, wciskanych mi przez jednego sklepikarza, ten cisnął je ze łzami w oczach na ziemię. Turyści od dawna nie odwiedzają Hebronu właśnie ze względu na jego „trudną sytuację”, obecnie przez wojnę w Strefie Gazy, w Libanie, brak lotów. Żołnierze - wymawiając się kwestią bezpieczeństwa osadników żydowskich - robią codziennie po kilka razy obchód starego miasta. Te w piątki (dni wolne dla muzułmanów) zaś zmienia się w pole bitwy. Scenariusz zawsze jest ten sam: młodzi mężczyźni i chłopcy prowokują wojsko, rzucając w nie kamieniami. Odpowiedzią są granaty ogłuszające i gaz łzawiący. Demonstracje te pamiętam z moich woluntarystycznych wypraw do Palestyny, obecnie już nie są one tak częste. Trwająca de facto od pandemii izolacja miasta, upadek lub też wynikające z nakazu zamknięcie sklepów chyba zmęczyło ludzi. A do manifestacji ulicznych, często przeradzających się w bitwę, trzeba jednak mieć energię.

Może jeszcze słowo o codziennym bytowaniu w Hebronie Arabów - jak nazywają Żydzi Palestyńczyków - mieszkających ściana w ścianę, okno w okno z żydowskimi osadnikami. Palestyńskie domy przylegające do domostw osadników muszą mieć okna zabite żelaznymi okiennicami - na stałe. Drzwi nie mogą być zamykane na klucz. Wszystko to dyktowane jest ponoć względami bezpieczeństwa. Mieszkania o każdej porze muszą być dostępne dla żołnierzy, którzy pod każdym pretekstem mogą tu wtargnąć, w celu zapewnienia ochrony osadnikom. Chodzi o to by tak uprzykrzyć życie palestyńskim sąsiadom, by ci opuścili swoje domy, niech by nawet było, że sprzedali po wysokiej cenie. Palestyńczycy jednak tego nie robią. Są tu pobudki szlachetne, pewno te przeważają, ale też i przyziemne, sprzedaż domu Izraelczykom jest równoznaczna dla Palestyńczyka z wyrokiem śmierci z rak pobratymców. Stąd osadnikom pozostaje frustracja, dla której upustem jest m.in. wyrzucanie ciężkich czy brudnych przedmiotów przez okna, na głowy „Arabów” robiących zakupy na bazarze. Stąd rozpostarta nad nim żelazna siatka.

Wiele lat później, gdy przyjechałam do Palestyny już w roli dyplomaty, dane mi było kilka takich domów zwiedzić i zobaczyć, jak działa niespodziewana sieć połączeń korytarzy i klatek schodowych. Zaprowadził nas tamtędy ówczesny burmistrz miasta Imad Hamdan, który później został ministrem kultury. Weszliśmy do jednego z domów od starego miasta, przeszliśmy przez szereg pomieszczeń, których nie umiem odtworzyć, w kuchni ktoś gotuje, w małym ciemnym pokoiku siedzi nastolatek przy komputerze, wąskie schody w górę, kolejne drzwi, korytarze, aż w końcu znajdujemy się po drugiej stronie, izraelskiej. Imad pyta stojącego przy klatce schodowej żołnierza, czy możemy iść dalej, chciał, nam chyba pokazać funkcjonujące za izraelską częścią miasta przedszkole. Nie, usłyszeliśmy w odpowiedzi, bo nie trafiliśmy w godziny otwarcia mini-checkpointu, ale, proszę mi wierzyć, po kilku minutach spoglądaliśmy na owego strażnika z góry, już z drugiej strony checkpointu, po przejściu kolejnych krętych korytarzy. Ten zresztą nas zobaczył, ale chyba przywykł do takiej sytuacji, bo przecież przeżyliśmy ;) Trudne sąsiedztwo i życiu codziennym obie strony muszą sobie jakoś radzić, tak sobie wtedy pomyślałam, ciesząc się, mówiąc szczerze, że przez chwilę mogłam doświadczyć czegoś na kształt konspiracji i zobaczyć tę stronę tutejszej codzienności skrytą dla osób postronnych.