Słońce w siatce. Opowieść o codzienności w Palestynie
23/01/2026Myślałam też o innym tytule, też z sitkiem, mianowicie, „Spacer z sitkiem”. Swojego czasu, był to rok 2022 lub 23, przyszło mi po Gazie, w sensie mieście w Strefie Gazy, spacerować z sitkiem. Dosłownie. Sitko kosztowało 5 szekli i – oczywiście nie z tej przyczyny – było jednym z ważniejszych dla mnie przedmiotów, które w ramach tzw. przesiedlenia po ponad 4 latach mojego pobytu w Palestynie, zapakowałam wraz z innym dobytkiem do Polski.
Ale do tego jeszcze dojdziemy.
Tytuł jest ostatecznie inny. Słońce w siatce, to moja parafraza arabskiego przysłowia, iż nie da się przykryć słońca sitkiem. Tak naprawdę nikt nigdy mi znaczenia tego powiedzenia nie objaśnił ani ja sama już nie pamiętam, skąd je znam, teraz zaczęłam się zastanawiać, czy go sama nie wymyśliłam. Wydaje mi się jednak, że na metaforę słońca i sitka, przytoczoną właśnie jako przysłowie arabskie natrafiłam, gdy czytałam różne opracowania po to, by napisać własną analizę, co było częścią mojej pracy, o izraelskim osadnictwie na Zachodnim Brzegu. Ową aneksję ziem, różnymi sposobami, o czym będę mówić tu niejednokrotnie, zwykło się określać jako prowadzoną „metodą salami”, niby ziemia właśnie jest „odkrawana” kawałek po kawałku, jak te plasterki salami… Ponieważ jednak proces wciąż nie jest zakończony i mimo jego postępów do ostatecznego zakończenia wciąż daleko, stąd przyszło mi do głowy jednak to sitko z rzekomego arabskiego przysłowia, które nakładane jest coraz to z różnych stron, za każdym razem nowe, z coraz to ściślejszymi oczkami, a słońce wciąż świeci. Blask ten chyba jest jednak coraz bardziej przyćmiony. Dobrze, tyle w kwestii tytułu opowieści o Palestynie, która wciąż trwa, w swym ziemskim niedoskonałym kształcie, bo słońcem nie jest, mimo coraz mocniej przylegającego do niej z drobnymi oczkami sitka.
Przekleństwo czy błogosławieństwo? Mówię o niezrozumiałym i niczym niewytłumaczalnym pociągu do Bliskiego Wschodu, który czułam od wczesnego dzieciństwa, zaczęło się, chyba gdy miałam 6-7 lat i nie odpuszcza do tej pory, a mija mi właśnie pół wieku. O co tutaj chodzi, nie wiem, po prostu tutaj czuję się na miejscu, ale brak mi wciąż pewności, powinnam podążać za tym instynktem, pasją, czy się opierać? Bo to przecież też życie jakoś komplikuje… Nie na wszystkie pytania musimy znać odpowiedź, by działać w słusznej wierze. Mój czteroletni pobyt w Palestynie w roli dyplomaty, jak i te wszystkie wcześniejsze, gdy przyjeżdżałam jako wolontariuszka organizacji kobiecej Women in Hebron, to spełnienie jednego, ale za to nie raz, z życiowych marzeń, jakim było odwiedzenie samej Palestyny, ale przede wszystkim jej części, tzn. Strefy Gazy, chcę przekuć w coś, co będzie miało jakąś wartość i trwałość. Jedną z tych spraw była i oby taką pozostała nauka arabskiego, która okazała się moją pasją. Druga, niech będzie czymś, z czego Państwo też skorzystają, o ile będą mieli taką wolę, pokażę Wam bowiem codzienną Palestynę, nic nie upiększając i nie ukrywając z tego, co widziałam. Nie chcę, by było to ckliwe i naiwne, ale zdaję sobie sprawę, że czasem może być poruszające. Nie dlatego, że na tym mi zależy, żeby Państwa poruszyć, ale tak to już chyba jest, ciekawość drugiego człowieka prowadzi do niewyobrażalnych historii, w których obserwacja otoczenia miesza się z introwersją. Zapraszam.
∗∗∗